Mijają dni, miesiące, mija rok …
A wydawałoby się, że tak dawno temu zamówiliśmy bilety do Odessy. Koniec lipca zdaje się. Podróż wydawała się być taka odległa. I już po…
Po przygodach na Okęciu na dwa dni przed naszym startem – brak kół, pęknięta szyba oraz mgła – nasz lot jednak doszedł do skutku, bez przygód, opóźnień, przesunięć. Podróż krótka, tylko 1h50min. Nie ma nawet o czym mówić. Wysiedliśmy na płycie, wsiedliśmy w autobus i po 10 sekundach weszliśmy do hali przylotów. Hm, lotnisko maluteńkie. Szybko nas przepuszczono i już w marszrutce byliśmy w drodze do naszego apartamentu.
Widok za oknem, jak i sam autobusik przypominał trochę krajobraz z Afganistanu z filmów amerykańskich
wyglądało jak lata 80-te w Polsce. Ale jak już dojechaliśmy do centrum, widoki się poprawiły. Bardzo ładny środek miasta. Trochę miałem wrażenie jak na Brooklyn’ie albo w Greenwich Village. Brakowało tylko tych schodków z poręczami prowadzącymi do drzwi. Nasz apartament bardzo przestronny, czysty i dobrze wyposażony. No może jacuzzi lekko zdezelowane ale było ok. dzwonek do drzwi bardzo oryginalny – szlagier sprzed kilkunastu lat – Coco Jambo. Widok z okna zapierający dech.
Po rozpakowaniu się od razu na miasto ruszyliśmy coś zjeść. Znajomi, którzy już tu byli wcześniej parę razy, zaproponowali gruzińskie przysmaki. No i wpadliśmy. Jedzenie przepyszne. Zamówiłem malutki dzbaneczek z baraniną i warzywami. Do tego lawasz. Pycha, pycha, pycha. I pani obsługująca bardzo sympatyczna. W tle przygrywała nam gruzińska Adele – Nino Katamadze, nazywana przez nas żartobliwie Nina Tata-ma-gazę mama-ma-watę. Bardzo miłe dźwięki. Nie polecam jednak jej wizualnie
zjadała chyba prawdziwą Adele, a na głowie ma ul. Obok naszego domu był chyba całodobowy sklep muzyczny (zawsze jak przechodziliśmy, to było otkryte). Kupiliśmy jej dwie płyty – najnowszą i najstarszą jaką mieli na półce. Dopiero później sprawdziliśmy na wikipedii, że największy sukces to „White” album. 700 000 sprzedanych egzemplarzy. Naprawdę szacunek! My nabyliśmy płyty (niestety) „Red” i „Black”. I ja jeszcze dorzuciłem sobie jakiś ukraiński rock.
Mijają dni, miesiące, mija rok…
Po gruzińskiej uczcie poszliśmy na Deribasivska ulicę, czyli najważniejszą ulicę miasta. Pięknie, osobliwie, kolorowo. No i życie tętni. Zaliczyliśmy jeszcze kilka atrakcji, w tym między innymi budynek opery. Wymyśliliśmy, że na balet pójdziemy. Następnego dnia grali właśnie Спляча красуня Piotra Czajkowskiego. Rok temu, we Lwowie zaliczyłem prawdziwą operę – tradycyjną i ludową opowieść „Natalka Pałtalka”. No opery nie zdzierżyłem i po pierwszym akcie dałem nogę. Baletu nie widziałem nigdy wcześniej i stwierdziłem, że za 30 hrywien (12 zł) to mogę zaryzykować. Fajne jest to, że bilety są i nie są drogie. W Wawie nie mogę się nawet do Filharmonii na coś fajnego dostać, mimo, że miedzy moim biurem a przybytkiem kultury tylko 20 metrów jest.
Kasa operowa niestety do 19, więc zanim się namyśliliśmy, to już było za późno na zakup wejściówek. W 6 osób, to ciężko podjąć szybko decyzję
Obok opery była ulica L. Kaczyńskiego. Popatrzyliśmy trochę na tablicę pamiątkową i usiedliśmy w „Baziliku” naprzeciw. Bardzo przytulne miejsce. Mam wrażenie, że w sklepie „Endo” jestem. Zamówiłem niepyszne ciastko oraz jakieś napitki i tak miło spędziliśmy czas. W drodze do domu jeszcze przez Potiomkinowskie schody przeszliśmy. Szału nie było. Spodziewałem się czegoś bardziej majestatycznego. W domu oczywiście lekki chill-out i spać o 2 poszliśmy.
Drugiego dnia wstałem o 7 rano. No i później wysłuchałem delikatnych pretensji, że tak wcześnie budzę wszystkich. No może nie były to pretensje ale brakuje mi tu słowa. No po co spać, jak się jest na wyjeździe? Szkoda dnia!
Wyszliśmy na śniadanie do rozreklamowanego i wysoko ocenianego w internecie i przewodniku Kompotu. Myślę, że nasz wpis na tripadvisorze.com spowodował lekkie obsunięcie się w rankingu. Ale lokal bardzo ciekawie urządzony. Plus miły ogródek z przodu. Niestety jedyną rzeczą, która przeszkadzała tej knajpie, to klienci. Nie doczekaliśmy się żadnego zainteresowania ze strony ekipy, więc głodni poszliśmy dalej. Do Chaty Puzatej. Kolejna afera, gdyż nie doczekałem się mojego dania, mimo, że 3 razy mówiłem co chcę. Skończyło się w MacDonlads’ie. Bardzo miła pani sprzedawczyni. Obsługa pierwsza klasa. Podróże kształcą. Zszokował mnie zużyty papier toaletowy w koszu na śmieci. Oczywiście wrażenie nosowe bardzo wymiotogenne. Dopiero później dowiedziałem się, że to całkiem normalny zwyczaj, ze względu na cienkie/wąskie rury.
Restaurację Kompot w końcu zaliczyliśmy. Dnia ostatniego. Pyszny jogurt domowy oraz racuchy z domową śmietaną i dżemem. Ledwo zjadłem. Ale strasznie przejedzony na tym wyjeździe byłem. Obsługa potraktowała nas po angielsku, ale mimo to musieliśmy sprawdzać w oryginalnym menu co znaczą angielskie nazwy w naszej karcie. Toaleta w lokalu bardzo osobliwa. Drzwi maja podłużne okienko z firanką. Ale, bo zawsze jest jakieś ale. Obok mydła i suszarki stał również krem do rąk. Ale i tak myślę, że nasza opinia na tripadvisorze.com jest słuszna.
W Odessie podają do kawy słomkę! – taka wstawka w tym miejscu, bo boję się, że zapomnę o tym wspomnieć. A fakt jak najbardziej osobliwy.
Po zakupieniu biletów na balet, poszliśmy na schody Potiomkinowskie oraz na przystań. Ładna pogoda na szczęście. I tak nam dzień zleciał. Po małej sjeście w domu wyruszyliśmy do opery na balet. Powiem tak, nie moja to estetyka. Nie znam się na tym i kompletnie nie rozumiałem tańców. Szczególnie tych na początku i końcu. Sama historia oczywiście zrozumiała. Natomiast to, co mi się bardzo spodobało i urzekło, to muzyka. Postanowiłem poszukać w necie i kupić muzykę Czajkowskiego do „Śpiącej Królewny”. Nie wiem też czemu ale podśpiewywałem sobie pod nosem co chwila szlagier polski – mijają dni miesiące, mija rok. Prawdziwe życie mija nas co krok… Naprawdę nie wiem czemu akurat ta piosenka?!?! No chodzi to za mną do dziś.
Porównując ubiegłoroczną wizytę w operze i ten balet, stwierdzam, że wolę jednak filharmonię. Ale tym razem nie uciekłem po pierwszym akcie. Zniosłem balet do samego końca.
Po godzinie 23:00 głodni okrutnie postanowiliśmy znowu pójść zjeść do gruzińskiej restauracji. No niestety drugi raz w życiu myślałem, że pęknę od jedzenia. A zamówiłem tylko pieczarki z cebulką w pysznym sosie na przystawkę i „haczapuri c miasom”. Haczapuri to taki placek. Zjadłem jeden kawałek i umierałem z przejedzenia. Resztę jedzenia zabraliśmy „z soboj”. Uf, straszne ale zarazem smaczne przeżycie.
Pisałem, że podróże kształcą. Dowiedziałem się, że np. do pani obsługującej mówi się „dziewuszka”. Wcześniej zaskoczył mnie też kolega, bo jak poprosiłem go w Puzatej Chacie, żeby obtańcował panią sprzedającą, bo ja nie umiem, to on zaczął tak – Malczik zakazał ….
No jaki ze mnie malczik!? Chociaż towarzystwo rosyjskie na Jasnym Zieleńcu też mówili do mnie malczik. Ale to raczej z podobieństwa do imienia mego.
I tak się nauczyłem, że już później mówiłem do obsługi „dziewuszka, inzwienitje pażałsta, dajte mnie tri rumki wodki”. Oczywiście kwestii gramatycznych nie poruszam, bo co za dużo, to za dużo
W ciągu dnia odbyliśmy również 3 kółka na diabelskim młynie, żeby zobaczyć czy do morza mamy daleko. No miny nam zrzedły za pierwszym obrotem. Wysoko! Ale za to widok na panoramę miasta. No i już wiedzieliśmy, że nad Czarne Morze niedaleko.
Z innych atrakcji warto poruszyć pobyt w restauracji Ribon’ka. Mieszkanie-restauracja. Pyszna ucha i przyjemny wystrój.
Na drugi dzień na śniadanie poszliśmy obok domu. Miejsc na śniadanie w Odessie mnóstwo. Do koloru do wyboru. Wybrałem sobie English Breakfast z sokiem marchew-seler oraz musli „z fruktami”. To ostatnie to raczej owsianka. Strasznie gęsta, słodka i gorąca. Gdyby nie ta prze-słodkość, to byłoby „mniam”. A tak to tylko tyle, że dobre.
Znowu nam dzień minął na dreptaniu po mieście. Co mi się rzuciło w oczy to:
- brak poczty!
- kolejki wszędzie (poczta, opera, muzeum. Odnu sekundeczku, odnu sekundeczku)
- mnóstwo ciekawych miejsc, również tych, w których można i usiąść, i zjeść, i się napić. Nie ma tego w Wawie
- palenie w środku. Tak, ja to powiem – OHYDA! Oczywiście paliliśmy ale nie jestem fanem takich rozwiązań
Na koniec niedzieli, przechadzając się po ulicach, zaszliśmy do bawarskiej restauracji. Piwo własne warzyli, więc zamówiliśmy po kuflu (no właśnie zapomniałem jak jest kufel po ukraińsku/rosyjsku! Grrr! Gałan? Bakugan?
). Niestety nasza asertywność chyba wyjechała na wakacje, bo daliśmy się zrobić jak dzieci i zamówiliśmy jedzenie. Kolega mówił pani, że „kuszaliśmy” przed wyjściem i żeby „nie mnożka było”. не много, не много – zapewniała pani. I na stół wjechał półmisek z 40 kawałkami różnych kiełbas oraz drugi półmisek z kartoszką, kapustą itd. Jedyne 500 UAH (czyli 200 zł). No mówię, że jak dzieci daliśmy się podejść. 7 niezjedzonych kiełbasek wzięliśmy ze sobą i daliśmy jakiemuś panu przy bramie. Świeże i ciepłe. Na zdrowie!
Po 3 dniach, na godzinę przed wyjazdem na lotnisko znalazłem pocztę! Dajte mnie pażałsta otkrytku i marku szto by w Ameriku pasłać. Niestety pani coś do mnie powiedziała i zgłupiałem, ale mój refleks i inteligencja podpowiedziała mi, że pani pyta o jaką kartkę mi chodzi. To tak na 95% w ciemno odpowiedziałem, że „otkrytku iz Odessy”. Uf, dostałem to com chciał. Mam nadzieję, że „w Ameriku” dojdzie.
Co do mojego rosyjskiego. Kiedyś pewien ojciec pewnej osoby powiedział, że najważniejsze to, żeby inni cię zrozumieli. Nie ważne, że byki popełniasz. No i co racja, to racja. Szału z moim rosyjskim nie ma. 2 lata w podstawówce (bo 2 lata mieliśmy zastępstwa i niczego nikt nas nie nauczył) oraz miesiąc w liceum jakąś tam podstawę czyni. Jedzenie i picie zamówię, kartkę wyślę, zrozumiem, co w mieszkaniu wynajmowanym można, a czego nie i już. Język mi się bardzo podoba.
W restauracji Ribon’ka chcieliśmy się dowiedzieć jak jest łosoś po rosyjsku. Wyjąłem z mojej uchy kawałek i pytam pani „Skażitje pażałsta, szto eta?”. Eta riba – odpowiedziała nasza dziewuszka. Na szczęście kolega obok dodał „kakaja riba?”. Pani odpowiedziała, ale i tak szybko zapomnieliśmy. Coś na „sz” albo „s”. Dziwne, teraz sprawdzam na translatorze googlach i tłumaczą, że „łosoś”, to „лосось”. Ale chyba nie, bo coś mi świta, że jak Ula była w Rosji ze swoim Panem, to też ją łosoś zaskoczył. A Ula dla mnie to guru jeśli chodzi o rosyjski.
Jak poznałem Ninę Katamadze? A propos, właśnie leci „Red” płyta po i bardzo mi się podoba. Chyba dam jej „yet another spin”. W tej gruzińskiej restauracji zauroczył nas ten głos. Postanowiłem dowiedzieć się, kto to. Bałem się zapytać wprost, bo pamiętam, że „pić” i „śpiewać” po rosyjsku, to bardzo podobne słowa. Bałem się, że jak powiem „kto tak pajut?”, będzie znaczyło – kto tak pije?. No to na okrętkę (oczywiście również po podpowiedziach kolegi). „Skażitje pażałsta szta eta za CD? Kto artist eta?” Pani odpowiada „kto pajet?”. Oczywiście 3 razy mi powtarzała, a ja nie mogłem załapać. Skończyło się na poproszeniu o napisaniu dużymi bukwami i po rosyjsku na kartce. I tak oto poznałem Ninę Tata-ma-gazę a mama-ma-watę. Tak oto zakańczam akapit o moim rosyjskim.
Odessę polecam. Nawet jak na taką porę roku, było uroczo. Miłe miasto, fajni ludzie. Myślę, że latem to miejsce jest naprawdę oszałamiające.
Piszę ten post świeżo po powrocie. Mocno zmęczony. Więc za wszelki bełkot i jakiekolwiek niejasności przepraszam.
Mijają dni, miesiące, mija rok …




renata
2011/11/07 at 22:37
… i (z)jadłeś to co na obrazkach jest? jezzzu, i żyjesz?!
Espresso przez słomkę… ło super!
mdobrogov
2011/11/08 at 21:33
zjadłem i ledwo żyłem. Nie espresso ale inne kawy. Głównie latte przez słomkę ciągną
aUla
2011/11/16 at 20:21
To tak po Hamerykansku z ta slomka. Tutaj wszyscy ciagna ice coffee/latte przez rurke.
renata
2011/11/10 at 06:58
Wyrafinowana sztuka baristyczna, albo… co kraj to obyczaj. Fajnie.
marszull
2011/11/11 at 23:18
bardzo fajny wpis
tez tam bylem i ta wodke i piwo pilem
i kuszalem kielbasy
a kufel to bakal
aUla
2011/11/16 at 20:19
Oj, stesknilam sie za Twoimi wpisami, Panie M.
z tych oczywistych powodow z ktorych pojezd nazywja trejnem.
Pragne nadmienic ze otkrytka doszla i bardzo nas obradowala. Poza tym, losos po rosyjsku to losos z akcentem na drugie “o”, mnie to zdziwilo bo moi Rosjanie nazywaja go salmon
a haczapuri uwielbiam ale poniewaz nigdy nie pamietam nazwy to je nazywam cziburaszki…
mdobrogov
2011/11/17 at 20:16
akcent na drugie “o”?! matko, jak to się wymawia!!!!!!